Życie zgodne ze wskazówkami


Teresa Raczkowska plansza tytułowa dla tekstu - konsultacji dla magazynu Sens

Autorka tekstu Agata Domańska 
Tekst został opublikowany w magazynie SENS

To, na co nie mamy wpływu, z reguły nas nie interesuje. Inaczej jest z czasem. Bo w głębi ducha wierzymy, że możemy nim sterować Teresa Raczkowska, psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną, www.raczkowska-psychoterapia.pl

Jedni mają go w bród, a inni żyją w wiecznym niedoczasie. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być one formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i wysoko postawiony tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani chwili. W konsekwencji zaczyna uważać, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie ma poczucie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. I że to właśnie o nim świadczy. Nie myśli, że życie jest wartościowe samo w sobie, niezależnie od jego działania. W dorosłość wkracza więc jako osoba, która wciąż gdzieś pędzi, żyje pod nieustanną presją, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać sobie cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie,wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I musi mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli czas dla dziecka i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a działając, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli z kimś rozmawia, skupia się tylko i wyłącznie na rozmowie, nie myśli o tym, co musi zrobić potem. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: ona nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, jesteśmy obecni w tym, co robimy. Wtedy też nie przeżywamy lęku, napięć czy wątpliwości związanych z innymi sytuacjami – z tymi, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, a więc ma walor ożywiania nas – a nie zamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń na temat siebie i świata.

To przychodzi z wiekiem

Gdy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy też, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość czasu! Czas nam się dłuży. Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to były nie nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „ok., wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. I pojawia się niepokój, płynący z głębi naszych trzewi – że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez ileś lat zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czego innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, by nadrobić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że tego czasu obiektywnie ma coraz mniej. Nareszcie ma stuprocentową motywację: wie, czego chce i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy w życiu, nie przedstawia dla nas większego sensu. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem, postępowaniem tak, jak inni. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas po prostu się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje,smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, trudnymi emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia małe przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Potrzebujemy tego, by zadać sobie pytania: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.

Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy np. od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy. Albo wstańmy godzinę wcześniej, umyjmy samochód zamiast po południu, umówmy się ze znajomym na kawę na stacji benzynowej, a nie w kafejce, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się szybko zorientować, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. I to już nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwość wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo boimy się, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe życie przeszłością jest jednym ze sposobów na radzenie sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że roztrząsanie: „dlaczego zachowałem się tak, dlaczego zrobiłem to czy tamto, a przecież mogłem to zrobić inaczej…” to retrospekcja, która nic nam nie da, a przyniesie jedynie poczucie winy. W dodatku spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza. Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby zrobić, ustawiają się w sytuacji, w której na wyciągnięcie ręki posiadają wiele możliwości. W ten sposób karmią swoje ego, ale tak naprawdę żyją w lęku przed sukcesem i oderwaniu od tego, co naprawdę się dzieje.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a wybiegający w przyszłość – by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć? Bo to wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a uświadomienie sobie tego napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niej uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – z tego czerpiemy poczucie bezpieczeństwa. A przecież życie jest procesem i jako taki nie może być trwałe. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca, oddechu, w swoim ciele – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Zresetuj się

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna.

Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”.

Możesz też zaparkować pod domem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, poczeka jeszcze kwadrans dłużej bez większej szkody dla przebiegu dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Dopiero kiedy zaczniemy zauważać to, co jest wokół nas i czuć siebie, mamy coś do dania drugiej osobie, bo dopiero teraz możemy poświęcić jej całą uwagę.

Link do testu na internetowych łamach Zwierciadła: Czas – dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Pozwól mi sobie towarzyszyć w drodze do lepszego jutra

Teresa Raczkowska plansza tytułowa dla tekstu - konsultacji dla magazynu Sens

Życie zgodne ze wskazówkami

Teresa Raczkowska plansza tytułowa dla tekstu - konsultacji dla magazynu Sens

Drugie imię miłości

Teresa Raczkowska plansza konsultacji dla magazynu Moda Na Zdrowie

Przy rodzinnym stole