Przy rodzinnym stole


Teresa Raczkowska plansza konsultacji dla magazynu Moda Na Zdrowie

Wysłuchała: Agata Domańska
Tekst ukazał się w magazynie Moda Na Zdrowie

O tym, dlaczego tak ważne jest dzielenie stołu z rodziną, rozmawiamy z Teresą Raczkowską, socjologiem i psychoterapeutką.

W dzisiejszym, zabieganym świecie czujemy się coraz bardziej osamotnieni. Nie mamy czasu ani uważności dla rodziny, przyjaciół, innych ludzi. Tracimy poczucie więzi i przynależności do wspólnoty. A człowiek bez przynależności jest jak drzewo bez korzeni.

Moda na Zdrowie: Dlaczego poczucie wspólnoty jest takie ważne?

Teresa Raczkowska: Bo większość naszych potrzeb, które nadają naszemu życiu głębi i satysfakcji nie może być zaspokojona bez odnalezienia swojego miejsca w gronie akceptujących nas osób, czyli najpierw w rodzinie, potem w grupie przyjaciół. Poczucie wspólnoty zaczyna się w rodzinie, jako wspólnota przeżyć rodziców i dzieci, przy wspólnym stole, wspólnej pracy, odpoczynku. W rodzinie określamy swoje miejsce w grupie, uczymy się podstawowych wartości, zdobywamy pewność siebie, trenujemy umiejętność konwersacji, zasady współżycia. Stajemy się indywidualnym człowiekiem. Wspólnota chroni nas przed poczuciem wyobcowania, zaspokaja nasze podstawowe potrzeby, jest wobec nas lojalna; chroni, wspiera, daje poczucie bezpieczeństwa.

MnZ: W dzisiejszym świecie, w którym panuje kult indywidualności a miarą wartości jest sukces, potrzeba przynależności do wspólnoty chyba odchodzi na dalszy plan.

T.R.: Potrzeba zostaje, to zwyczaj odchodzi. Dominujący model rodziny to rodzice i jedno, lubą dwójka dzieci. Dziadków odwiedzamy od święta, a z dalszą rodziną bywa, że nie widujemy się przez lata. Praca pochłania nam coraz więcej czasu i energii. Żeby spotkać się z bliskimi, trzeba podjąć jakiś wysiłek. Po ciężkim dniu łatwiej jest nam odpoczywać przed telewizorem.

MnZ: Jakie to może mieć konsekwencje?

T.R.: Dotkliwe, choćby zubożenie naszego życia o wartości, których nie można inaczej doświadczyć jak przez wspólne przeżywanie. Zanikają też czynniki integracyjne takie jak: zaufanie, empatia, spójność emocjonalna. Wydaje nam się, że nie potrzebujemy rodzinnych więzi, bo jesteśmy zaradni finansowo, niezależni, odpowiedzialni.

MnZ: A w razie problemów zawsze możemy pójść do psychologa.

T.R.: Tak, a poza tym, dopóki wierzymy, że jedynie codzienne potrzeby bytowe są dla nas priorytetem, dopóty nie żyjemy w pełni. Ale zawsze mamy wybór. Możemy się zatrzymać i dostrzec siebie nawzajem.

MnZ: Jak to zrobić?

T.R.: Ta tęsknota za poczuciem więzi i przynależności żyje w każdym z nas. Są okresy, kiedy ujawnia się z intensywną siłą. Ja mam wielką rodzinę. Kiedyś byliśmy ze sobą wszyscy bardzo blisko. Później, moją najbliższą rodzinę dotknęła tragedia, moja siostra została zamordowana i… dalsi członkowie rodziny odeszli od nas, z bezradności, jak nam pomóc, jak się zachować. Na ponad 20 lat rozproszyliśmy się po świecie. Miałam 12 lat, kiedy rodzina mi się rozsypała jak domek z kart. Moi rodzice opłakiwali stratę dziecka, a ja byłam tą silną, która z dnia na dzień musiała nauczyć się radzić sobie sama i jeszcze być wsparciem dla rodziców. Dopiero wiele lat później, po śmierci rodziców, tęsknota za przynależnością do rodzinnej wspólnoty była tak silna, że musiałam coś z nią zrobić. Razem z bratem zorganizowaliśmy pierwszy rodzinny zjazd. Przyjechało 30 osób. Od tamtej pory spotykamy się co roku, a w między czasie jeszcze w mniejszych podgrupach. U mnie ta potrzeba przywołania płynęła prosto z serca. Liczyłam się z tym, że ludzie mogą mi odmówić. Ale po śmierci mamy, moje serce otworzyło się na innych ludzi. Zrozumiałam, że kontakty, relacje są dla mnie najważniejsze. Dopóki z powrotem nie przywołałam mojej rodziny, czułam taki wewnętrzny ból, którego nie mogłam do końca rozpoznać. I nie chodzi tu o to, by rodzina wspierała mój każdy krok. Często dużo głębsze rozmowy mam z przyjaciółkami niż np. z kuzynkami, ale chodzi o tę potrzebę biologicznej przynależności.

MnZ: Chyba w każdym z nas jest taka potrzeba?

T.R.: To prawda.

MnZ: Jakie znaczenie ma w potrzebie więzi, wspólnoty, przynależności, rytuał jedzenia?

T.R.: Dawanie jedzenia to otwieranie serca na innych a przyjmowanie to przyjemność przyjmowania troski, czyli dzielenie się, wymiana. Rytuał wspólnego spożywania posiłku to naturalny, dobrze sprawdzony przez wieki i różne tradycje kulturowe, sposób na doznawanie spokoju, przyjemności, pozytywnego nastawienia. Gotowanie, przygotowywanie posiłku dla ważnych osób przenosi mnie ze sfery myślenia do serca ,dawania . Tworzy się atmosfera porozumienia, przepływu radości, bliskości. Wspólny posiłek zatrzymuje nas w miejscu, uwalnia na moment od tej ciągłej pogoni. Rozmowy po posiłku, kiedy czujemy się błogo napełnieni są bliższe, ważniejsze.

MnZ: Rozumiem, że nie chodzi o jakieś bardzo ważne rozmowy, roztrząsanie problemów itp.?

T.R.: Chodzi o przestawienie się z pośpiechu na spokojne bycie razem. Uważność na siebie nawzajem.

MnZ: Przypomniałam sobie teraz, że u mnie w domu bardzo ważny był niedzielny obiad. Wiadomo było, że co tydzień, punktualnie o 16.00 zasiadamy całą rodziną do stołu. A na stole, nieodmiennie przez lata był rosół, mielony z ziemniakami i buraczki. Odkąd nie mieszkam z rodzicami, rzadko zdarza mi się jeść tak tradycyjny posiłek, ale są chwile, kiedy za tym tęsknię. Czasami, kiedy przechodzę obok baru mlecznego i czuję zapach smażonych buraczków, nie mogę się oprzeć. Ten zapach przypomina mi moje dzieciństwo.

T.R.: Bo takie celebrowanie ważnego rodzinnego rytuału to jest jak kod dla każdego z członków. Przy stole najsilniej przeżywamy fakt bycia rodziną. Nic nie jednoczy tak jak stół. Dla mojej rodziny, tuż po śmierci siostry, nawet jak było nam ciężko i siedzieliśmy przy stole w milczeniu, to sama obecność była ważna, dawała wsparcie, podkreślała, że jesteśmy razem. Ból wspólnie przeżywany łatwiej znieść.

MnZ: Jedzenie pełni taką więziotwórczą rolę?

T.R.: Od zawsze ważne sytuacje życiowe były akcentowane wspólnym posiłkiem. Potrzeba kontaktu jest naszą podstawową potrzebą. Wspólne jedzenie służy nawiązywaniu bliskości.

MnZ: Mam wrażenie, że realizacja tej potrzeby, w pewnym ułamku przeniosła się też na relacje zawodowe np. lunch biznesowy, pożegnalne poczęstunki, imprezy integracyjne.

T.R.: To prawda. Dzielenie stołu to ważny element wspólnego przeżywania np. świętowania sukcesu, czy podziękowania za wspólną pracę.

MnZ: Coraz częściej też ludzie przenoszą spotkania towarzyskie z restauracji do domów.

T.R.: Wspólne gotowanie ,,z” i ,,dla” przyjaciół to ważny element relacji. Nawet wspólne obieranie warzyw może być przyjemnością.

MnZ: W czym ci pomógł powrót, a właściwie przywołanie rodziny?

T.R.: Od 12 roku życia byłam w roli ,,wspieraczki”. Dlatego, w dorosłym życiu, trudno mi było funkcjonować w grupie w innych rolach. Byłam niezależna, samodzielna, nie umiałam prosić o pomoc. Teraz, w rodzinnym gronie mogę pozwolić sobie na takie bezpieczne, spokojne bycie. Bardzo mi tego brakowało. Człowiek bez przynależności jest jak drzewo bez korzeni. To podstawowa, najbardziej pierwotna więź. Poczucie wspólnoty jest archetypową potrzebą. To daje siłę do pełnienia w życiu innych ról. Nawet jeśli oddalimy się od rodziny na jakiś czas, bo w sercu nosimy niezagojone rany z dzieciństwa, albo pobiegliśmy za sukcesem, za swoim życiem, to przychodzi taki czas, że zaczynamy tęsknić. I wtedy warto wrócić.

Pozwól mi sobie towarzyszyć w drodze do lepszego jutra

Teresa Raczkowska plansza tytułowa dla tekstu - konsultacji dla magazynu Sens

Życie zgodne ze wskazówkami

Teresa Raczkowska plansza tytułowa dla tekstu - konsultacji dla magazynu Sens

Drugie imię miłości

Teresa Raczkowska plansza konsultacji dla magazynu Moda Na Zdrowie

Przy rodzinnym stole