
Tekst: Ewa Klepacka-Gryz
Czego jeszcze nie wiemy o prawdziwej miłości? Co jest ułudą stereotypem i jak ją uczciwie zdefiniować?
Kocham go. Będę z nim na dobre i na złe. Oto najlepszy przyjaciel, najczulszy kochanek i sprawca mitu o bezwarunkowej miłości…
Bo to także najbliższy świadek naszych słabości oraz najbardziej surowy i wychwytujący błędy nauczyciel. Zwykle jednak wyobrażając sobie nasze przyszłe życie, koncentrujemy się na jego jasnej stronie, zapominając o tej ciemniejszej. Nie chcemy bolesnych lekcji. Dlatego potem często bywa że to wyśnione, wymarzone, wyidealizowane uczucie rani, krzywdzi i rozczarowuje. „Skończyłam z miłością” – śpiewała kiedyś smutnym głosem Marylin Monroe. A może ból to dopiero początek?
Kiedy Marta miała 15 lat, zmarł jej ukochany ojciec, z którym była bardzo silnie związana. Z matką – zimną, niedostępną emocjonalnie kobietą, nie miała ciepłych relacji. Była ukochaną córeczką tatusia, a on pewnego dnia ją opuścił, w sercu pozostawiając nienasycony głód miłości. Dziś Marta ma 27-lat i kilka nieudanych związków za sobą. Niedawno trafiła na terapię do Teresy Raczkowskiej, psycholog i psychoterapeutki. Co było impulsem? Dwa lata temu spotkała dużo starszego mężczyznę, którego pokochała całym sercem. Uwierzyła w idealną, bezwarunkową miłość, dla której gotowa była poświęcić własną niezależność. Pragnęła całkowitego połączenia z partnerem. Okazała się przy tym zaborcza, zabiegająca o kontakt i, pomimo że mężczyzna darzył ją silnym uczuciem, ciągle czuła się niewystarczająco kochana. Czym był naprawdę miłość Marty?
Teresa Raczkowska: Powtórką znanej i gwałtownie przerwanej relacji z ojcem. Kiedy etap zauroczenia minął, a w związku pojawiły się pierwsze rozczarowania, jasne stało się, że wizja całkowitego stopienia z partnerem, wywodząca się z dziecięcej potrzeby symbiozy z rodzicami, nie ma szans na realizację. Marta nie była gotowa wejść w związek będący miłosną relacją, mozolnie budowaną dzień po dniu przez obydwoje partnerów. Relacją, w której jest miejsce na radość i smutek, uniesienia i cierpienia, okresy bliskości i oddalenia. Dla niej miłość nadal była emocją, a właściwie powrotem do znanych emocji przeżywanych w relacji z ojcem, silną namiętnością, w której nie ma miejsca na zranienia, rozczarowania czy kompromisy. Nie była w stanie zaakceptować faktu, że żaden partner nie jest w stanie zapełnić pustki w sercu po zmarłym ojcu. Związek miłosny nie może być powieleniem naszych związków z rodzicami, nawet od najbardziej kochającego partnera nie dostaniemy tego, czego nie dostaliśmy od rodziców, bo to zupełnie inna relacja.
Wszyscy bez wyjątku tęsknimy za wielką, prawdziwą miłością, która uleczy nasze stare rany, ochroni przed złem świata, uczyni nas aniołami w ziemskiej skórze. I tak błąkamy się po święcie w poszukiwaniu swojej drugiej połówki, czekamy na księcia na białym rumaku, albo… rybaka, który wyłowi nas z rzecznych odmętów.
Była raz sobie dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami. Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów… Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: ,,To musi być wielka ryba! Mam szczęście!”… Obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i zawisła zaczepiona o burtę kajaka.
Tak się zaczyna eskimoska opowieść o Kobiecie – Szkielecie, w książce ,,Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach” Clarissy Pinkoli Estes. Autorka twierdzi, że aby stworzyć naprawdę trwałą relację miłosną, trzeba zaprosić do związku trzeciego partnera… Panią Śmierć – uosobienie tego co ciemne, niechciane, zagrażające, zepchnięte do podświadomości. Musimy zaakceptować fakt, że miłość ma także ciemną stronę. Dopiero wtedy przestajemy bezładnie gonić za niespełnionymi fantazjami, zaczynamy natomiast rozumieć, że w autentycznym związku dwojga ludzi jest miejsce i na śmierć, i na narodziny nowych jakości. Namiętność nie jest czymś stałym i niezmiennym, cyklicznie rodzi się i przygasa. Wspólne przeżywanie czasu wzrostu i obumierania, końców i początków, składa się na niepowtarzalną, pełną oddania miłość.
Ludzi przyciąga do siebie zewnętrzność, fascynacja cielesnością i pożądanie, a w głębszej, podświadomej warstwie, pchają nas ku sobie … podobne historie z przeszłości. Miłość jest ślepa, a stan zakochania nie jest bynajmniej najlepszym doradcą.
– Budujemy związek oparty na potrzebach ego, które jest głodne miłości – tłumaczy Teresa Raczkowska. – W relacji ożywają wszystkie nasze rany z dzieciństwa i łudzimy się, że ukochany człowiek je uleczy.
Jesteśmy jak ten rybak liczący na wspaniałą rybę, która na długo pozwoli nasycić głód, a tak naprawdę, w pierwszej chwili, zupełnie nie mamy pojęcia, kim jest nasz partner. Ba! Nie wiemy nawet, kim jesteśmy my sami, bo zachłystując się fajerwerkami towarzyszącemu łowieniu (zakochaniu), ujawniamy przed sobą nawzajem tylko to, co w nas najlepsze.
Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu… a koralowo-biały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał za nim… Wreszcie myśliwy dotarł do swojego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza… Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona, to coś leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klatce piersiowej, stopą na łokciu.
Jedno goni, drugie ucieka. Jedno chce ślubu, drugie – wolnego związku. Pojawiają się wątpliwości, czy z kim innym nie byłoby nam lepiej, lęk przed utratą dotychczasowego życia na korzyść związku. W naszych sercach goszczą obok siebie: miłość i przerażenie.
Aby kochać prawdziwie, trzeba pokonać własny lęk, a właściwie wiele lęków. Przede wszystkim przed tym, że partner dowie się jaka naprawdę jesteś, pozna twoje ciemne strony i odkryje swoje własne tajemnice, których istnienie nawet podejrzewałaś, ale miłość jako uczucie pozwalała ci o nich zapomnieć. Także przed tym, że dla dobra związku musisz zrezygnować z własnej wolności, niezależności i szansy na znalezienie lepszego kandydata. W tym miejscu właśnie wiele z nas się dystansuje, zatrzymuje rozwój relacji i czeka, co będzie dalej…
Rybak nie wiedział, co go do tego skłoniło… Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość – powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny… Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.
– Kiedy minie czas zauroczenia, budzi się lęk przed zaangażowaniem, bliskością – tłumaczy psychoterapeutka. – Zakochanie dzieje się samo, tymczasem dojrzały związek wymaga ciężkiej pracy. Spadają różowe okulary, a partner nie wydaje się już taki idealny.
„On mnie oszukał, myślałam, że jest inny! Jak mogła mi to zrobić?” – obok miłości, w sercu pojawia się rozczarowanie, lęk, że to była pomyłka, zły wybór. Ożywa też dawne uczucie, że może z to z nami jest coś nie tak, że nie zasługujemy na miłość. Na światło dzienne wychodzą wady, ułomności, denerwujące nawyki partnera.
– Ale także nasze własne – dodaje Teresa Raczkowska. – Partner jest lustrem, w którym odbijają się nasze negatywne cechy; zaborczość, egoizm, chęć dominacji i kontroli.
Na początku mamy wrażenie, że to druga osoba obudziła w nas demona: ,,Przecież ja taka nie jestem! To przez nią zachowuję się jak tyran!”. To bardzo trudny, ale też ważny moment relacji. Jest jeszcze czas, by wycofać się ze związku, uciec w iluzję, że z kim innym będzie nam lepiej, że przy innym mężczyźnie okażemy się aniołem, a przy innej kobiecie – czułym opiekunem. Czasem jednak zdobywamy się na odwagę trwania w związku, bo potrzeba miłości jest tak silna, że nie pozwala odejść. To staje się przełomem. Chcąc nie chcąc, zaczynamy dotykać w partnerze, ale też w sobie nie tylko tego, co piękne, ale również tego, co straszy, obrzydza, budzi lęk. Ożywają, przykryte maską pewności i iluzją idealnego uczucia: kompleksy, kłopotliwe nawyki i cechy charakteru – twój egoizm, jego skłonność do zdrad, twoja łatwość obrażania się zamiast konfrontacji i jego bałaganiarstwo i potrzeba samotności. W relacji po raz pierwszy pojawia się śmierć, o której wspomina Clarissa Pinkola Estes; umierają iluzje bezwarunkowej miłości, idealnego partnera, wizja raju na ziemi. Rodzi się pytanie: „Co powinno umrzeć we mnie, żeby prawdziwie pokochać?”.
Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie… To właśnie zdarzyło się myśliwemu.
We śnie jesteśmy stwarzani na nowo, stajemy się bardziej dojrzali. Po obudzeniu pojawia się ufność i wiara, że związek, pomimo burz i problemów, jest naprawdę ważny. Dlatego niezwykle ważny jest ten pierwszy raz, gdy zasnęliście ramię w ramię, objęci, a rano pokazaliście sobie nawzajem wasze twarze, nagie, bez makijażu, prawdziwe. Ty, w tym silnym mężczyźnie, zobaczyłaś jego bezbronność, wrażliwość, łatwość wzruszania się. On, dla odmiany, odkrył twoją siłę, upór w dążeniu do celu. Poczuliście, że macie szanse dopełnić się nawzajem; dawać sobie wsparcie, ale także je dostawać, pokazywać swoją dominację, ale też uległość, śmiać się razem i płakać. – Miłość z uczucia przeradza się w relację, kiedy odpuszczamy kontrolę, lęk przed odrzuceniem, otwieramy się na drugiego człowieka, choć wiemy, że otwarci jesteśmy bardziej podatni na zranienia – mówi psycholog. – Zaczynamy rozumieć i akceptować, fakt że emocje przychodzą i odchodzą, bo taka jest ich natura, a miłość to na przemian radość i cierpienie. W miejsce ,,chcę” pojawia się duchowa sfera związku. Nie boimy się już pokazywać swojej siły, ale też słabości. Ufamy, że skoro partner nas kocha, zaakceptuje nasze zalety i wady, i intencjonalnie nie zrobi niczego przeciwko nam.
Kobieta – Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klęcząc, podczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.
Łzy to namiętność zmieszana ze współczuciem do siebie i drugiego człowieka. To wskazówka, jak kochać siebie i partnera. Sposób na uleczenie ran z przeszłości. Ale te rany każdy z nas może uleczyć sam, partner może służyć jedynie milczącym wsparciem i akceptacją.
– Dopiero wtedy możemy otworzyć nasze serca na miłość – tłumaczy psycholog. – Ufamy sobie nawzajem. Jedno drugiemu pomaga w wewnętrznej transformacji. Zaczynamy wierzyć, że w pełni zasługujemy na miłość.
Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie i śpiewać… Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wyśpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobiecość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie. A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.
Prawdziwe, płynące z serca, duszy i ciała, połączenie to ostatni etap miłosnej relacji. Stajemy przed sobą nadzy; dosłownie i w przenośni. Wewnętrznie przeobrażeni, pogodzeni ze śmiercią naszych iluzji, z wdzięcznością do siebie nawzajem, jesteśmy gotowi na wzloty i upadki. Już wiemy, że miłość w najpełniejszej swej postaci, jest ciągiem następujących po sobie śmierci i ponownych narodzin. ,,Kochać to znaczy wziąć w objęcia i przetrwać wiele końców i wiele początków ” – pisze Estes.

Życie zgodne ze wskazówkami

Drugie imię miłości

Przy rodzinnym stole