Życie zgodne ze wskazówkami


Wysłuchała: Agata Domańska 
Tytuł: Życie zgodnie ze wskazówkami
To, na co nie mamy wpływu, z reguły nas nie interesuje. Inaczej jest z czasem. Bo w głębi ducha wierzymy, że możemy nim sterować Teresa Raczkowska, psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną, www.raczkowska-psychoterapia.pl

Jedni mają go w bród, a inni żyją w wiecznym niedoczasie. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być one formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i wysoko postawiony tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani chwili. W konsekwencji zaczyna uważać, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie ma poczucie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. I że to właśnie o nim świadczy. Nie myśli, że życie jest wartościowe samo w sobie, niezależnie od jego działania. W dorosłość wkracza więc jako osoba, która wciąż gdzieś pędzi, żyje pod nieustanną presją, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać sobie cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie,wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I musi mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli czas dla dziecka i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a działając, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli z kimś rozmawia, skupia się tylko i wyłącznie na rozmowie, nie myśli o tym, co musi zrobić potem. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: ona nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, jesteśmy obecni w tym, co robimy. Wtedy też nie przeżywamy lęku, napięć czy wątpliwości związanych z innymi sytuacjami – z tymi, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, a więc ma walor ożywiania nas – a nie zamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń na temat siebie i świata.

To przychodzi z wiekiem

Gdy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy też, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość czasu! Czas nam się dłuży. Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to były nie nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „ok., wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. I pojawia się niepokój, płynący z głębi naszych trzewi – że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez ileś lat zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czego innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, by nadrobić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że tego czasu obiektywnie ma coraz mniej. Nareszcie ma stuprocentową motywację: wie, czego chce i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy w życiu, nie przedstawia dla nas większego sensu. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem, postępowaniem tak, jak inni. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas po prostu się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje,smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, trudnymi emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia małe przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Potrzebujemy tego, by zadać sobie pytania: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.

Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy np. od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy. Albo wstańmy godzinę wcześniej, umyjmy samochód zamiast po południu, umówmy się ze znajomym na kawę na stacji benzynowej, a nie w kafejce, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się szybko zorientować, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. I to już nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwość wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo boimy się, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe życie przeszłością jest jednym ze sposobów na radzenie sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że roztrząsanie: „dlaczego zachowałem się tak, dlaczego zrobiłem to czy tamto, a przecież mogłem to zrobić inaczej…” to retrospekcja, która nic nam nie da, a przyniesie jedynie poczucie winy. W dodatku spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza. Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby zrobić, ustawiają się w sytuacji, w której na wyciągnięcie ręki posiadają wiele możliwości. W ten sposób karmią swoje ego, ale tak naprawdę żyją w lęku przed sukcesem i oderwaniu od tego, co naprawdę się dzieje.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a wybiegający w przyszłość – by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć? Bo to wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a uświadomienie sobie tego napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niej uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – z tego czerpiemy poczucie bezpieczeństwa. A przecież życie jest procesem i jako taki nie może być trwałe. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca, oddechu, w swoim ciele – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ramka: Zresetuj się

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna.

Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”.

Możesz też zaparkować pod domem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, poczeka jeszcze kwadrans dłużej bez większej szkody dla przebiegu dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Dopiero kiedy zaczniemy zauważać to, co jest wokół nas i czuć siebie, mamy coś do dania drugiej osobie, bo dopiero teraz możemy poświęcić jej całą uwagę.

 

Drugie imię miłości


Tekst: Ewa Klepacka-Gryz 
Tytuł: Drugie imię miłości 

Czego jeszcze nie wiemy o prawdziwej miłości? Co jest ułudą stereotypem i jak ją uczciwie zdefiniować?

Kocham go. Będę z nim na dobre i na złe. Oto najlepszy przyjaciel, najczulszy kochanek i sprawca mitu o bezwarunkowej miłości…

I o to chodzi, ale nie tylko!

Bo to także najbliższy świadek naszych słabości oraz najbardziej surowy i wychwytujący błędy nauczyciel. Zwykle jednak wyobrażając sobie nasze przyszłe życie, koncentrujemy się na jego jasnej stronie, zapominając o tej ciemniejszej. Nie chcemy bolesnych lekcji. Dlatego potem często bywa że to wyśnione, wymarzone, wyidealizowane uczucie rani, krzywdzi i rozczarowuje. „Skończyłam z miłością” – śpiewała kiedyś smutnym głosem Marylin Monroe. A może ból to dopiero początek?

Czego chcesz od miłości?

Kiedy Marta miała 15 lat, zmarł jej ukochany ojciec, z którym była bardzo silnie związana. Z matką – zimną, niedostępną emocjonalnie kobietą, nie miała ciepłych relacji. Była ukochaną córeczką tatusia, a on pewnego dnia ją opuścił, w sercu pozostawiając nienasycony głód miłości. Dziś Marta ma 27-lat i kilka nieudanych związków za sobą. Niedawno trafiła na terapię do Teresy Raczkowskiej, psycholog i psychoterapeutki. Co było impulsem? Dwa lata temu spotkała dużo starszego mężczyznę, którego pokochała całym sercem. Uwierzyła w idealną, bezwarunkową miłość, dla której gotowa była poświęcić własną niezależność. Pragnęła całkowitego połączenia z partnerem. Okazała się przy tym zaborcza, zabiegająca o kontakt i, pomimo że mężczyzna darzył ją silnym uczuciem, ciągle czuła się niewystarczająco kochana. Czym był naprawdę miłość Marty?

Teresa Raczkowska: Powtórką znanej i gwałtownie przerwanej relacji z ojcem. Kiedy etap zauroczenia minął, a w związku pojawiły się pierwsze rozczarowania, jasne stało się, że wizja całkowitego stopienia z partnerem, wywodząca się z dziecięcej potrzeby symbiozy z rodzicami, nie ma szans na realizację. Marta nie była gotowa wejść w związek będący miłosną relacją, mozolnie budowaną dzień po dniu przez obydwoje partnerów. Relacją, w której jest miejsce na radość i smutek, uniesienia i cierpienia, okresy bliskości i oddalenia. Dla niej miłość nadal była emocją, a właściwie powrotem do znanych emocji przeżywanych w relacji z ojcem, silną namiętnością, w której nie ma miejsca na zranienia, rozczarowania czy kompromisy. Nie była w stanie zaakceptować faktu, że żaden partner nie jest w stanie zapełnić pustki w sercu po zmarłym ojcu. Związek miłosny nie może być powieleniem naszych związków z rodzicami, nawet od najbardziej kochającego partnera nie dostaniemy tego, czego nie dostaliśmy od rodziców, bo to zupełnie inna relacja.

Ta trzecia wartość

Wszyscy bez wyjątku tęsknimy za wielką, prawdziwą miłością, która uleczy nasze stare rany, ochroni przed złem świata, uczyni nas aniołami w ziemskiej skórze. I tak błąkamy się po święcie w poszukiwaniu swojej drugiej połówki, czekamy na księcia na białym rumaku, albo… rybaka, który wyłowi nas z rzecznych odmętów.

Była raz sobie dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami. Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów… Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: ,,To musi być wielka ryba! Mam szczęście!”… Obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i zawisła zaczepiona o burtę kajaka.

Tak się zaczyna eskimoska opowieść o Kobiecie – Szkielecie, w książce ,,Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach” Clarissy Pinkoli Estes. Autorka twierdzi, że aby stworzyć naprawdę trwałą relację miłosną, trzeba zaprosić do związku trzeciego partnera… Panią Śmierć – uosobienie tego co ciemne, niechciane, zagrażające, zepchnięte do podświadomości. Musimy zaakceptować fakt, że miłość ma także ciemną stronę. Dopiero wtedy przestajemy bezładnie gonić za niespełnionymi fantazjami, zaczynamy natomiast rozumieć, że w autentycznym związku dwojga ludzi jest miejsce i na śmierć, i na narodziny nowych jakości. Namiętność nie jest czymś stałym i niezmiennym, cyklicznie rodzi się i przygasa. Wspólne przeżywanie czasu wzrostu i obumierania, końców i początków, składa się na niepowtarzalną, pełną oddania miłość.

Ludzi przyciąga do siebie zewnętrzność, fascynacja cielesnością i pożądanie, a w głębszej, podświadomej warstwie, pchają nas ku sobie … podobne historie z przeszłości. Miłość jest ślepa, a stan zakochania nie jest bynajmniej najlepszym doradcą.

– Budujemy związek oparty na potrzebach ego, które jest głodne miłości – tłumaczy Teresa Raczkowska. – W relacji ożywają wszystkie nasze rany z dzieciństwa i łudzimy się, że ukochany człowiek je uleczy.

Jesteśmy jak ten rybak liczący na wspaniałą rybę, która na długo pozwoli nasycić głód, a tak naprawdę, w pierwszej chwili, zupełnie nie mamy pojęcia, kim jest nasz partner. Ba! Nie wiemy nawet, kim jesteśmy my sami, bo zachłystując się fajerwerkami towarzyszącemu łowieniu (zakochaniu), ujawniamy przed sobą nawzajem tylko to, co w nas najlepsze.

A kiedy nadchodzą wątpliwości i strach

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu… a koralowo-biały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał za nim… Wreszcie myśliwy dotarł do swojego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza… Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona, to coś leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klatce piersiowej, stopą na łokciu.

Jedno goni, drugie ucieka. Jedno chce ślubu, drugie – wolnego związku. Pojawiają się wątpliwości, czy z kim innym nie byłoby nam lepiej, lęk przed utratą dotychczasowego życia na korzyść związku. W naszych sercach goszczą obok siebie: miłość i przerażenie.

Aby kochać prawdziwie, trzeba pokonać własny lęk, a właściwie wiele lęków. Przede wszystkim przed tym, że partner dowie się jaka naprawdę jesteś, pozna twoje ciemne strony i odkryje swoje własne tajemnice, których istnienie nawet podejrzewałaś, ale miłość jako uczucie pozwalała ci o nich zapomnieć. Także przed tym, że dla dobra związku musisz zrezygnować z własnej wolności, niezależności i szansy na znalezienie lepszego kandydata. W tym miejscu właśnie wiele z nas się dystansuje, zatrzymuje rozwój relacji i czeka, co będzie dalej…

Rybak nie wiedział, co go do tego skłoniło… Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość – powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny… Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

– Kiedy minie czas zauroczenia, budzi się lęk przed zaangażowaniem, bliskością – tłumaczy psychoterapeutka. – Zakochanie dzieje się samo, tymczasem dojrzały związek wymaga ciężkiej pracy. Spadają różowe okulary, a partner nie wydaje się już taki idealny.

„On mnie oszukał, myślałam, że jest inny! Jak mogła mi to zrobić?” – obok miłości, w sercu pojawia się rozczarowanie, lęk, że to była pomyłka, zły wybór. Ożywa też dawne uczucie, że może z to z nami jest coś nie tak, że nie zasługujemy na miłość. Na światło dzienne wychodzą wady, ułomności, denerwujące nawyki partnera.

– Ale także nasze własne – dodaje Teresa Raczkowska. – Partner jest lustrem, w którym odbijają się nasze negatywne cechy; zaborczość, egoizm, chęć dominacji i kontroli.

Na początku mamy wrażenie, że to druga osoba obudziła w nas demona: ,,Przecież ja taka nie jestem! To przez nią zachowuję się jak tyran!”. To bardzo trudny, ale też ważny moment relacji. Jest jeszcze czas, by wycofać się ze związku, uciec w iluzję, że z kim innym będzie nam lepiej, że przy innym mężczyźnie okażemy się aniołem, a przy innej kobiecie – czułym opiekunem. Czasem jednak zdobywamy się na odwagę trwania w związku, bo potrzeba miłości jest tak silna, że nie pozwala odejść. To staje się przełomem. Chcąc nie chcąc, zaczynamy dotykać w partnerze, ale też w sobie nie tylko tego, co piękne, ale również tego, co straszy, obrzydza, budzi lęk. Ożywają, przykryte maską pewności i iluzją idealnego uczucia: kompleksy, kłopotliwe nawyki i cechy charakteru – twój egoizm, jego skłonność do zdrad, twoja łatwość obrażania się zamiast konfrontacji i jego bałaganiarstwo i potrzeba samotności. W relacji po raz pierwszy pojawia się śmierć, o której wspomina Clarissa Pinkola Estes; umierają iluzje bezwarunkowej miłości, idealnego partnera, wizja raju na ziemi. Rodzi się pytanie: „Co powinno umrzeć we mnie, żeby prawdziwie pokochać?”.

Nareszcie: Bezbronni jak dzieci

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie… To właśnie zdarzyło się myśliwemu.

We śnie jesteśmy stwarzani na nowo, stajemy się bardziej dojrzali. Po obudzeniu pojawia się ufność i wiara, że związek, pomimo burz i problemów, jest naprawdę ważny. Dlatego niezwykle ważny jest ten pierwszy raz, gdy zasnęliście ramię w ramię, objęci, a rano pokazaliście sobie nawzajem wasze twarze, nagie, bez makijażu, prawdziwe. Ty, w tym silnym mężczyźnie, zobaczyłaś jego bezbronność, wrażliwość, łatwość wzruszania się. On, dla odmiany, odkrył twoją siłę, upór w dążeniu do celu. Poczuliście, że macie szanse dopełnić się nawzajem; dawać sobie wsparcie, ale także je dostawać, pokazywać swoją dominację, ale też uległość, śmiać się razem i płakać. – Miłość z uczucia przeradza się w relację, kiedy odpuszczamy kontrolę, lęk przed odrzuceniem, otwieramy się na drugiego człowieka, choć wiemy, że otwarci jesteśmy bardziej podatni na zranienia – mówi psycholog. – Zaczynamy rozumieć i akceptować, fakt że emocje przychodzą i odchodzą, bo taka jest ich natura, a miłość to na przemian radość i cierpienie. W miejsce ,,chcę” pojawia się duchowa sfera związku. Nie boimy się już pokazywać swojej siły, ale też słabości. Ufamy, że skoro partner nas kocha, zaakceptuje nasze zalety i wady, i intencjonalnie nie zrobi niczego przeciwko nam.

Kobieta – Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klęcząc, podczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Łzy to namiętność zmieszana ze współczuciem do siebie i drugiego człowieka. To wskazówka, jak kochać siebie i partnera. Sposób na uleczenie ran z przeszłości. Ale te rany każdy z nas może uleczyć sam, partner może służyć jedynie milczącym wsparciem i akceptacją.

– Dopiero wtedy możemy otworzyć nasze serca na miłość – tłumaczy psycholog. – Ufamy sobie nawzajem. Jedno drugiemu pomaga w wewnętrznej transformacji. Zaczynamy wierzyć, że w pełni zasługujemy na miłość.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie i śpiewać… Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wyśpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobiecość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie. A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Prawdziwe, płynące z serca, duszy i ciała, połączenie to ostatni etap miłosnej relacji. Stajemy przed sobą nadzy; dosłownie i w przenośni. Wewnętrznie przeobrażeni, pogodzeni ze śmiercią naszych iluzji, z wdzięcznością do siebie nawzajem, jesteśmy gotowi na wzloty i upadki. Już wiemy, że miłość w najpełniejszej swej postaci, jest ciągiem następujących po sobie śmierci i ponownych narodzin. ,,Kochać to znaczy wziąć w objęcia i przetrwać wiele końców i wiele początków ” – pisze Estes.

Scena pierwotna


Seks budzi w nas wiele ambiwalentnych emocji. Z jednej strony pragnienie przeżycia najbardziej potężnego i poruszającego doświadczenia, bliskiego ekstazie religijnej, tęsknotę za symbiotycznym połączeniem się z partnerem, marzenie o miłości idealnej. Z drugiej: wstyd, lęk przed zbyt odważnymi/grzesznymi fantazjami erotycznymi, obawę przed karą, strach przed odrzuceniem, albo pochłonięciem przez partnera. Przeżycia seksualne mogą być ekscytujące i dawać poczucie spełnienia tylko w takim stopniu, w jakim jesteśmy w stanie ,,puścić kontrolę” i w pełni oddać się temu doświadczeniu. To budzi ekscytację, ciekawość, najbardziej pierwotne pragnienia jedności, ale też lęk, bo nie wiadomo, co może się zdarzyć jeśli pozwolimy sobie zbyt mocno zatracić się w seksie. Być może odkryjemy w sobie coś, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy. Ta tajemnica jest właśnie siłą napędową popychającą nas, w realnym życiu lub w fantazjach, do poszukiwania idealnego połączenia dwojga ciała. U źródeł owej tajemnicy, tak przynajmniej twierdzą psychoanalitycy, leży, ukryte głęboko w nieświadomości, doświadczenie przeżycia seksu tych, którzy dali nam życie – naszych rodziców.

Scena pierwotna

Andrzej, 40 – letni prawnik zgłosił się do mnie z problemem niewierności. Odkąd pamięta, w jego życiu zawsze były dwie kobiety – stała partnerka i kochanka. Partnerka była symbolem jego pragnień o kobiecie opiekuńczej, troskliwej, ,,która zapyta, czy dziś już coś jadłem, albo czy jestem zmęczony” i kochanka – szalona, bezpruderyjna, realizująca wszystkie jego fantazje seksualne. W miarę trwania terapii okazało się, że Andrzej jest bardzo ,,ostrożny w seksie”. Kategorycznie nie chce mieć dzieci i, nawet jeśli partnerka stosuje antykoncepcję, nigdy nie kocha się ,,do końca”. Andrzej był wychowywany przez samotną matkę. Ojciec miał jeszcze trzy inne żony i w sumie piątkę dzieci, które, jak kiedyś powiedział synowi, były jego jedną, wielką pomyłką. ,,Gdyby to były psy, to bym je potopił” – takie zdanie usłyszał od ojca, gdy miał 18 lat. Andrzej, jak przez mgłę, pamięta moment odejścia ojca z domu. ,,Miałem jakieś 2 lata, kiedy pewnej nocy obudziłem się i usłyszałem dziwne odgłosy, dochodzące z sypialni rodziców. Dziś wydaje mi się, że uprawiali ostry seks. Rano dowiedziałem się od matki, że ojciec odszedł”.

Mężczyzna prawdopodobnie był świadkiem tzw. sceny pierwotnej czyli rzeczywistej lub wyobrażonej obserwacji kontaktu seksualnego rodziców. Podniesione głosy dobiegające z sypialni, a następnie zniknięcie ojca z ich życia i silne związanie z matką, odegrały ogromny wpływ na całe jego życie.

Przeżycie sceny pierwotnej zwykle wydarza się, kiedy dziecko ciągle jeszcze czuje się symbiotycznie związane z matką (ono i matka to jedno). Akt seksualny rodziców jawi mu się jako katastrofa, zagrożenie życia, brutalne przerwanie związku z matką (być może nawet groźbę zabicia jej), agresywny atak ojca na osobę, którą kocha najbardziej na świecie. - Ten akt zapisany jest wyłącznie w naszej nieświadomości – tłumaczy Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Nie jesteśmy w stanie go objąć rozumem. Dlatego to jest takie trudne, budzi ataki paniki i lęk przed śmiercią.

Seks jest źródłem naszego istnienia – gdyby nasi rodzice nie mieli się "ku sobie”, nie byłoby nas na świecie. Jednak życie seksualne matki i ojca jest aktem wykluczenia nas spoza tej triady. Nagle matka, która jest dla dziecka dostarczycielką pożywienia, czułą opiekunką reagującą na wszystkie jego potrzeby, okazuje się być także istotą seksualną, mającą swoje pragnienia, należącą do ojca. Bywa, że scena pierwotna w nieświadomości dziecka łączy się z jakimś innym, traumatycznym wydarzeniem. W przypadku Andrzeja odejście ojca utrwaliło się w nim przekonaniem, że mężczyzna "po wszystkim” odchodzi, nigdy nie jest do końca z żadną kobietą (stosunek przerywany). A kobiety obsadza w swoim życiu w dwóch rolach: partnerki – matki (na wzór bliskiej relacji z matką, dla której po odejściu ojca stał się zastępczym partnerem) i kochanki, z którą wyłącznie uprawia się seks.

Co wy tam robicie we dwoje?

Zdaniem następców Zygmunta Freuda (ojca psychoanalizy i odkrywcy sceny pierwotnej), kontynuacją owego pierwszego doświadczenia seksu rodziców jest kompleks Edypa, czyli fantazje i pragnienia dziecka poślubienia rodzica przeciwnej płci. Kiedy rodzice 3, 4 latka znikają w sypialni i zamykają dziecku drzwi przed nosem, malec doświadcza bolesnego faktu, że nigdy nie będzie w tak intymnej relacji z żadnym z rodziców, jak oni ze sobą nawzajem. To budzi zazdrość, złość, chęć pokonania rywala, a jednocześnie przerażający lęk, że swoimi pragnieniami zagraża trwałości związku rodziców, od czego zależy byt jego rodziny. Trzydziestoletnia Marta zgłosiła się na terapię z powodu nieudanych związków z mężczyznami. Jak stwierdziła, zawsze wybiera niedostępnych mężczyzn. Zwykle są to żonaci mężczyźni, a raz kochała się z mężem swojej siostry. Choć w głębi duszy marzy o udanym związku, rodzinie, dzieciach, nie jest w stanie zaangażować się w żadną, dobrze rokującą relację.

Być może jej, z góry skazane na porażkę, pragnienie zajętego mężczyzny, jest realizacją dziecięcych fantazji o zdobyciu ojca. Lęk przed "normalnym” związkiem, to konsekwencja nierozwiązanego kompleksu Edypa (skoro nie mogę mieć ojca, nie chcę żadnego innego mężczyzny). Inne fantazje z tej półki, to pragnienie zakazanego seksu np. w miejscach publicznych, płynące z perwersyjnego lęku, ale też chęci bycia przyłapanym w łóżku z rodzicem płci przeciwnej, czy marzenia o pokonaniu rywalki – matki. Zadaniem rodziców na tym, trudnym dla całej trójki, etapie kompleksu Edypalnego (od 3 do 6 r. ż. dziecka) jest akceptacja, w granicach normy, uwodzącego stosunku dziecka do rodzica płci przeciwnego i stanowczego pokazania, że miejscem prawdziwego, dorosłego seksu jest sypialnia rodziców, w której nie ma miejsca dla dziecka. Jeśli małżonkowie mają udany seks, a jednocześnie nie odtrącają, nie wyśmiewają i nie karcą dziecka z powodu jego erotycznych zabiegów o rodzica płci przeciwnej, popychają tym samym swoją pociechę ku dorosłości, niezależności i dobrze przygotowują do odejścia (w przyszłości) z domu, w poszukiwaniu partnera na życie. Symboliczne zamknięcie przed dzieckiem drzwi do małżeńskiej sypialni to ważny krok na drodze do separacji/rozstania z rodzicami. Jak piszą autorzy książki: ,,Żyć w rodzinie i przetrwać” (R.Skynner i J.Cleese, Jacek Santorski&CO – Agencja Wydawnicza, Warszawa 1992) - ,,Dla dziecka wyłączenie z tego układu i zazdrość o szczególną bliskość i rozkosz przeżywaną przez rodziców jest potężnym bodźcem do przeniesienia zainteresowania z rodziców na świat zewnętrzny, bo tylko tam, poza sypialnią mamy i taty, samo może doznać podobnego spełnienia”. Kiedy dziecko czuje, że małżeństwo rodziców jest udane, nierozerwalne i bezpieczne, nabiera zaufania do własnej seksualności, a jedyne co może zrobić, by w przyszłości mieć fajny seks, to stać się podobnym i godnym pożądania tak jak jego tata (w przypadku syna), czy mama (w przypadku dziewczynki).

Córeczka tatusia

Jednak bywa, że, z powodu nieudanego związku, czy strachu przed odtrąceniem dziecka, jedno z rodziców zbytnio erotyzuje relacje z synem czy córką. Edyta, lat 35 była w związku z dużo starszym od siebie mężczyzną. Zgłosiła się do terapeuty z powodu braku satysfakcji w seksie. W trakcie terapii okazało się, że, zakochany w niej po uszy ojciec, bardzo rozbudził ją seksualnie. Kiedy była małą dziewczynką brał ją na kolana, całował, dotykał i starał się, by przy nim córka miała mnóstwo atrakcji. Choć tabu kazirodztwa nie zostało przekroczone, Edyta miała ojca na wyłączność, a matka została wykluczona z tej triady

- I tego samego Edyta oczekiwała od partnera – mówi Teresa Raczkowska. – Pragnęła, by każde ich spotkanie było pełne szalonego seksu. Uwodziła partnera jak dziewczynka i chciała, by on, podobnie jak ojciec bezustannie nią się zachwycał. Nie mogła znieść sytuacji, kiedy między nimi nie dochodziło do zbliżenia, gdy mężczyzna był zmęczony, albo chciał oglądać mecz. Jej potrzeby seksualne były wyraźnie oddzielone od miłości, czy jakiejkolwiek pozaseksualnej relacji.

Kolejną konsekwencją seksualizacji przez rodziców relacji z dzieckiem bywa impotencja czy oziębłość. Córeczka tatusia, czy synek mamusi żyją w przekonaniu, że wygrali z rodzicem tej samej płci, co budzi: przerażenie z powodu unicestwienia rodzica, wstyd, lęk przed karą, a w konsekwencji lęk przed własną seksualnością. Bywa, że impotencja rozszerza się do unikania jakiegokolwiek sukcesu życiowego, bo to oznacza wygraną (z matką czy ojcem). Najważniejsza rzecz, której dziecko musi nauczyć się na zakończenie fazy Edypalnej, to umiejętność cieszenia się z przeżywania romantycznych uczuć, także erotycznych wobec rodziców i wiara, że nie zaszkodzą one ich małżeństwu, a także, że od mamy czy taty nigdy nie dostanie seksu.

W cieniu Edypa

Zdaniem psychoanalityków, doświadczenia sceny pierwotnej i kompleksu Edypa przepracowujemy wielokrotnie przez całe życie. To, w jaki sposób nam się to udaje, ma ogromny wpływ na nasze życie seksualne. Bywa, że w dorosłym życiu próbujemy ,,wyrównać rachunki” np. zupełnie nieświadomie odtwarzając, tym, razem w innej konfiguracji, przeżycia z dzieciństwa.

Jedna z moich pacjentek, zwierzyła mi się, że udany seks z mężem ma jedynie na… działce u teściów. Kiedy pierwszy raz przyjechali do letniego domku rodziców jej męża, teściowa pościeliła im swoje małżeńskie łoże, a sama położyła się obok, na pojedynczym tapczanie. W nocy pacjentka poczuła tak silne pożądanie, że pomimo protestów męża, który bał się, że matka może usłyszeć, namówiła go na seks.

- Nigdzie indziej nie jest mi tak dobrze z mężem, jak w sypialni teściowej. Czy jestem nienormalna? – zapytała mnie z lękiem.

Wierzę, że jej pragnienia są powodowane koniecznością odegrania sceny pierwotnej i, w efekcie, doprowadzą do przepracowania kompleksu Edypa.

- Jedna z moich pacjentek, po roku terapii opowiedziała mi swój sen – mówi Teresa Raczkowska. – Śniło jej się, że jest małą dziewczynką i jedzie na rowerze, a za nią idą, trzymający się za ręce, rodzice. Pacjentka opowiada, że czuła się w tym śnie taka spokojna i szczęśliwa.

Nie wiem czy pomieszczenie w sobie przeżycia sceny pierwotnej i rozwiązanie kompleksu Edypa daje gwarancje udanego seksu. Może właśnie owe ambiwalentne emocje, które budzi w nas potężny impuls seksualny powodują, że cały świat się kręci wokół seksu. Jedno jest pewne – udany seks naszych rodziców daj nam dobry wzorzec związku, świadczy o nierozerwalności partnerskiej relacji, której ani dziecko, ani nikt inny nie jest w stanie rozerwać.

Rozwód z rodzicami


Tekst: Ewa Klepacka-Gryz 

Trzydziestopięcioletnia Marta jest jedynym, późnym dzieckiem rodziców. Odkąd pamięta, w domu były awantury. Ojciec miał wiecznie pretensje do matki: o bałagan w mieszkaniu, przesoloną zupę, niedopilnowane dziecko, a nawet o kryzys ekonomiczny na rynku. Matka, typowa ofiara, która, by rozładować napięcie i mieć już za sobą kolejną potyczkę z mężem, nierzadko go prowokowała. Marta doskonale pamięta to uczucie drżenia w brzuchu, kiedy awantura wisiała na włosku. Gdy matka zaczynała swoje zrzędzenie, Marta jako dziewczynka miała ochotę wrzeszczeć, tupać, walić głową o ścianę, ale lęk, że swoim zachowaniem zwróci na siebie uwagę i złość rodziców, powodował, że chowała się pod stół, zatkała uszy i nerwowo gryzła zaciśniętą pięść. Ale nie sposób było nie słyszeć wrzasków ojca, jego walenia pięścią w stół, szlochów matki, trzaskania drzwiami i wreszcie tej złowrogiej ciszy, kiedy Marcie wydawało się, że świat przestał istnieć. Ale to był dopiero początek. Matka szła do łazienki, myła twarz zimną wodą, poprawiała włosy, wyciągała córkę spod stołu, a potem przytulając ją do siebie, głaskała po głowie i szeptała: ,,Gdyby nie ty, już dawno odeszłabym od tego hitlerowca”. Marta do dziś nie wie, czy bardziej bolał ją uścisk matki, czy okrutne słowa pod adresem ojca. Kiedy wreszcie udawało jej się wyswobodzić z objęć matki, szła do łazienki i wymiotowała. Wiedziała, że znowu zmoczy pościel, a rano usłyszy od matki: ,,Zlałaś się do łóżka? Skaranie boskie z tym dzieciakiem. Gdyby nie ty i twój ojciec…”. Dalszej części wypowiedzi nie musiała słuchać. Znała ją na pamięć, jak słowa modlitwy. "Nie zabiję tej wariatki, tylko ze względu na ciebie” – brzmiały w jej uszach słowa ojca. "Kiedy pójdziesz na swoje, wywalę na złamanie karku tego łobuza” – dudnił głos matki. "Gdyby nie ty, twoi rodzice byliby szczęśliwi. To wszystko twoja wina” – mówił wewnętrzny głos, który Marta usłyszała po raz pierwszy tuż po komunii. Od tego dnia na dobre zagościł w jej sercu i nie ucichł do dziś.

Z powrotem w dziecięcym pokoju

Marta bardzo chciała jak najszybciej dorosnąć, "pójść na swoje”, zniknąć z życia rodziców, ale na nieszczęście była chorowitym dzieckiem. Łapała wszystkie infekcje, ciągle przytrafiały jej się jakieś wypadki. W okresie nastoletnim miała epizod anorektyczny. Do dziś pamięta ten mdląco-gniotący ból pustego brzucha i głos w głowie, który mówił: ,,Udowodnij, że jesteś silna, pokaż, że nie musisz jeść. No, dalej”.

Kiedy Marta była chora, matka i ojciec, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przemieniali się w cudownych rodziców. Na zmianę czuwali przy jej łóżku, biegali od lekarza do lekarza, podsuwali smakowite kąski, czytali bajki, głaskali po głowie i w ogóle się nie kłócili. Marta pamięta ten dzień, kiedy zachorowała na grypę. Miała ponad 40 stopni. Sprytnie schowała pod językiem tabletkę na obniżenie temperatury, bo wiedziała, że każda kreska w górę to kolejne pięć minut więcej uwagi i troski rodziców.

Na studia Marta wyjechała do innego miasta. Tłumaczyła rodzicom, że kierunek, który wybrała, jest jedynie na uczelni oddalonej 200 km od domu. Kłamała i choć czuła się z tego powodu winna, chęć, by spróbować życia z dala od rodziców, była silniejsza. Zrozumieli to i… zajęli się swoim życiem, którego Marta nadal była świadkiem, tym razem na odległość. Zwykle najpierw dzwoniła matka i zaczynała: ,,Córeczko ratuj, on mnie zabije”. Po chwili w słuchawce rozbrzmiewał tubalny głos ojca, jak ech powtarzający słowa matki: ,,Zabierz ją stąd, bo ją k… zabiję”.

Pierwszego roku studiów Marcie nie udało się zaliczyć. Z rozpoznaniem ciężkiej depresji wylądowała na oddziale psychiatrycznym, a potem w domu, pod troskliwą opieką rodziców. Po roku wznowiła studia na uczelni w swoim mieście. Mieszkała oczywiście z rodzicami. Znalazła pracę i zaczęła układać sobie dorosłe życie, w dawnym dziecinnym pokoju. Pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie poznała Marcina. To on namówił ją na wynajęcie wspólnego mieszkania. Rodzice nawet nie bardzo oponowali, w końcu są telefony. Scenariusz: ,,On mnie zabiję, ja ją zabiję” od lat mieli starannie opracowany. Tylko Marta znosiła to coraz gorzej, rozdarta pomiędzy Marcinem i rodzicami. Już nie pamięta, ile razy rozpaczliwy głos matki wyrywał ją z romantycznego weekendu za miastem, wyciągał z łóżka w środku nocy, nie pozwalał świętować rocznicy poznania z Marcinem. Ojciec był bardziej powściągliwy, nie kazał jej natychmiast przyjeżdżać, rozumiał, że córka ma swoje życie, ale to nie przeszkadzało mu jej informować: ,,Córeczko nie chcę ci zawracać głowy, ale informuję cię, że twoja matka tym razem przegięła”.

Dwa dni temu, cierpliwy i wyrozumiały Marcin, postawił jej ultimatum: ,,Albo ja, albo oni, wybieraj”. Marta ma poczucie, że każda decyzja, jaką podejmie, będzie zła. Co ma zrobić?

Ramka: Przyznać, że jest ofiarą i uporać się z poczuciem winy

Teresa Raczkowska, psychoterapeuta, www.psychoterapia-raczkowska.pl

Marta pełni w rodzinę rolę podwójnego ratownika: ojca i matki, każdego z osobna. Pomimo tego, że jest dorosła, uwikłanie w system rodzinny (problemy rodziców), uniemożliwia jej życie osobiste. Dodatkowo, na rodzinnej arenie, pełni rolę dziecka i ofiary własnych rodziców. Kiedy jest chora, ma poczucie, że ją kochają: troszczą się, opiekują, a przede wszystkim zawieszają broń. Marta jest w stanie płacić za to wysoką cenę, nawet depresji. Wszystkie te role – ratownika, dziecka, ofiary – pełni z miłości do rodziców, jest buforem pomiędzy nimi. Jako dziecko została porzucona przez rodziców, w konsekwencji porzuciła samą siebie: własne potrzeby, pragnienia, marzenia, uczucia, swoje życie. Marta prawdopodobnie nie wie, kim jest, jaka jest. Jej rozwój został zatrzymany na etapie małej, bezradnej dziewczynki. Skierowanie jej uwagi na własne uczucia, potrzeby, oczekiwania to pierwszy krok. Potrzebuje zdystansowania się do problemów rodziców, życia matki i ojca. Musi zadać sobie pytanie: „Co tak naprawdę czuję do rodziców?” i zaakceptować wszystkie, pojawiające się emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Kiedy np. w terapii zacznie koncentrować się na sobie, najpierw prawdopodobnie ujawnią się jej dziecięce, wyparte emocje, jak żal, wściekłość na rodziców, poczucie bezradności. Dopiero kiedy je zaakceptuje, będzie w stanie odzyskiwać kontakt z samą sobą. Musi znaleźć w sobie siłę, by przyznać się sama przed sobą, że jest ofiarą własnych rodziców, że matka i ojciec uniemożliwili jej próby poszukiwania własnej tożsamości, pozbawili dzieciństwa, ale też dorosłego życia. Kiedy zrozumie, jak bardzo została skrzywdzona, będzie w stanie uporać się z poczuciem winy, że np. nie jest wystarczająco dobrą córką. Poczucie winy przerodzi się w poczucie krzywdy. Marta zacznie dostrzegać, ile traci z powodu zawłaszczania jej osoby przez rodziców. Zrozumie, że jej rodzice są dorośli, muszą radzić sobie sami. Separacja od rodziców i podążanie w kierunku niezależności i autonomii, to proces, który zwykle rozpoczyna się we wczesnym dzieciństwie, kiedy dziecko nabywa umiejętność chodzenia, i nasila się w okresie dojrzewania. Marta musi rozpocząć ten proces dopiero w dorosłym życiu, przejść na swoją stronę. Warto, by zrobiła to w terapii, przy pomocy profesjonalisty, który da jej bezpieczne wsparcie.

Ramka: Zerwać relacje na jakiś czas lub na zawsze

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeuta

Marta, podobnie jak wiele dzieci z tzw. dobrych domów, w których dobro dziecka stawiane było na pierwszym miejscu, a matki z cierpiętniczą miną znosiły przemoc ze strony partnera, ,,dla dobra dziecka”, jest ofiarą swoich rodziców. Rodzina, w której na co dzień odbywały się dramaty niszczące duszę dziecka, odbierające dzieciństwo, była i jest dla niej świętością. Jako dziecko była świadkiem prawdziwego horroru. Biernym obserwatorem najniższych ludzkich instynktów, nienawiści zamiast miłości. Czy taką traumę powinno się wybaczyć? Oddać szacunek rodzicom, za to, że dali życie? Spokojnie zamknąć drzwi do dziecięcego pokoju i odejść do swojego życia? Wymazać z pamięci i nie rozliczać się z rodzicami z przeszłości, choćby ze względu na ich wiek, a w konsekwencji na zawsze pozostać w roli ofiary, poczuciu krzywdy? Czy może na zawsze pozostać w roli ratownika rodziców i w efekcie wchodzić w rolę kolejnego ratownika, np. partnera?

Marta przede wszystkim powinna natychmiast zerwać relacje z rodzicami, przynajmniej na jakiś czas, a może nawet na zawsze. Nie odbierać od nich telefonów, dopóki nie będzie miała siły i odwagi powiedzieć im: „dość tego!”. Jeśli trzeba, wyprowadzić się do innego miasta i zacząć żyć na własny rachunek. Nie dokonywać wyboru pomiędzy rodzicami a partnerem, ale wybrać siebie. Proces stopniowej separacji od rodziców jest możliwy w okresie nastoletnim, wtedy jest naturalny, sterowany powolnym odchodzeniem z domu rodzinnego i przechodzeniem na stronę, najpierw rówieśników, potem partnera. W dorosłym życiu, przy tak silnym uwikłaniu w system rodzinny, jak u Marty, konieczne jest gwałtowne cięcie. Rodzice Marty są dorośli, odpowiedzialni za swoje problemy, swoje życie. Nie mają prawa obarczać tym swojego dziecka. Kiedy córka zniknie im z oczu, dopiero wtedy będą mieli szansę rozwiązać swój dramatyczny układ. Bez względu na to, czy się rozstaną, czy nadal będą wspólnie żyć, dręcząc się nawzajem – to nie jest problem Marty. Prawdopodobnie, kiedy „ratownik” zniknie z ich pola widzenia, nastąpi zawieszenie broni, trwające od lat przedstawienie straci rację bytu, bo widownia opustoszeje.

Marta powinna odważnie wypisać na kartce wszystkie swoje, tłumione i wypierane od lat, pretensje do rodziców. To podziała oczyszczająco, przyniesie jej ulgę, a w konsekwencji, po jakimś czasie, da miejsce na pojawienie się dobrych uczuć do rodziców. Mocne zdanie: ,,Moi rodzice mnie używali do wzajemnych rozgrywek, skrzywdzili mnie” – pozwoli jej przeżyć ból, wściekłość, bezradność i w konsekwencji rozpocząć poszukiwania własnej siły. Dziecko, które tyle znosiło z rąk rodziców, ma w sobie mnóstwo siły. Marta nie musi w dorosłym życiu zasługiwać na niczyją miłość, bo miłość, tak jak każdemu z nas, jej się należy. Nie musi chorować, by zasłużyć na troskę i opiekę. Nie musi wybierać pomiędzy sobą, własnym dobrem, a dobrem drugiego, nawet najbliższego człowieka. Ale najpierw musi odseparować się od rodziny, by poczuć kim naprawdę jest, odkryć swoją siłę, ale też swoją słabość. Zaakceptować wszystkie części swojej osobowości; zalety, ale też wady, mocne i słabe strony. Zintegrować je w sobie i odważnie ruszyć własną drogą.

LIFT: Podążanie w kierunku niezależności i autonomii, to proces, który zwykle rozpoczyna się we wczesnym dzieciństwie, kiedy dziecko nabywa umiejętność chodzenia, i nasila się w okresie dojrzewania. Marta musi rozpocząć ten proces dopiero w dorosłym życiu, przejść na swoją stronę.

LIFT: Rodzice są dorośli, odpowiedzialni za swoje problemy, swoje życie. Nie mają prawa obarczać tym swojego dziecka. Kiedy córka zniknie im z oczu, dopiero wtedy będą mieli szansę rozwiązać swój dramatyczny układ. Bez względu na to, czy się rozstaną, czy nadal będą wspólnie żyć, dręcząc się nawzajem – to nie jest problem Marty.

Balsam na rany


Ktoś bliski zdradził, zawiódł zaufanie, dotknął do żywego. Czy miłość wszystko wybaczy? Tak, jeśli zaczniemy od miłości do siebie – mówi Teresa Raczkowska w rozmowie z Agata Domańską

Teresa Raczkowska, psycholog, psychoterapeuta, prowadzi terapię indywidualną, www.raczkowska-psychoterapia.pl

Co to właściwie jest zranienie?

To jest rodzaj wyjątkowej sytuacji, której doświadczamy nagle – choć bywa, że często – i która odbiera nam poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, gruntu pod nogami. Zranienie jest poczuciem utraty łączności i jedności z drugą osobą, zachwianiem takiego podstawowego „mostu”, który nas łączy. Ten „most” to coś pozawerbalnego: rzadko o nim mówimy czy myślimy, ale kiedy jest, mamy poczucie bezpieczeństwa i połączenia z kimś na bardzo podstawowym poziomie.

Czyli cierpimy podwójnie: z powodu zranienia, jak i oddzielenia.

Tak, przy czym poczucie oddzielenia dotyczy relacji ale też oddzielenia od nas samych co jest mniej uświadamianym ,głębszym aspektem. Zazwyczaj reakcją na zranienie jest nawykowe obwinianie: ktoś mnie zranił, to jego wina. Tymczasem druga osoba jest wprawdzie nadawcą bodźca, ale żeby ranił, musi trafić w nasze dawne zranienie. Każdy ma takie obszary w sobie, a im ich więcej, tym łatwiej i częściej będzie się czuł raniony.

I dlatego reakcja bywa nieadekwatna do bodźca?

Właśnie! Oczywiście z punktu widzenia osoby doświadczającej zranienia reakcja jest adekwatna. Więc odpowiada złością, smutkiem, izolacją, wściekłością, obniżeniem nastroju, lękiem przed bliskością. Kiedy poczucie zranienie jest bardzo głębokie i zupełnie nieprzepracowane, często wycofuje się z relacji.

Trzeba mieć świadomość, że to moja reakcja i przyglądać się jej?

Tak, zobaczyć, co to we mnie obudziło. Za pierwszym razem to się raczej nie udaje, ale kiedy napięcie opada, może pojawić się ślad pamięciowy: to uczucie jest mi dobrze znane, kiedyś to przeżyłem, tylko bardzo skrzętnie wyparłem. Teraz ktoś utorował temu bolesnemu miejscu drogę na powierzchnię. I właściwie powinienem mu być wdzięczny, bo pokazuje mi mnie samego. Stare zranienia mają tendencję do powtarzania się, prosząc o uzdrowienie.

Ale jakaś złość, obraza czy opór są chyba normalne?

Jasne! Praca ze świadomością nie wyklucza obrony granic. Problem polega na tym, że my najczęściej od razu wpadamy w mechanizm obrony i ataku, który jest automatyczny, nieświadomy i niczego nie wnosi. A kolejność powinna być taka, że najpierw dobrze jest załatwić sprawę ze sobą – i można to zrobić względnie szybko – a potem dopiero się konfrontować z sytuacją. Doprowadzenie do konfrontacji jest nawet bardzo wskazane, bo nie ma nic gorszego, niż zamknięcie się w bólu „jestem zraniona i teraz sobie cierpię”.

Trzeba drugiej osobie pokazać, co nam robi?

Pokazać, co czuję i na tym się oprzeć. Wszystko powiedzieć jednak z pozycji „ja”: to „mnie” dotyka. Nie przerzucać poczucia winy na drugą stronę, nie oskarżać, nie osądzać, nie ferować wyroków. Ograniczyć się do własnego wnętrza.

Ale są przecież takie zranienia, które nie są potrzebne, takie ewidentne krzywdy?

Tak, są takie sytuacje. Z reguły mamy poczucie krzywdy, kiedy inni manipulują, bo chcą mieć rację, chcą przeforsować swoje zdanie. Ale i wtedy – w pełni świadomi i skupieni – możemy zobaczyć, że gdybyśmy naprawdę siebie akceptowali, nie doszłoby do zranienia. Manipulator nieświadomie zahacza o jakąś część, której w sobie nie akceptujemy a to powoduje że nie odpowiadamy mu z właściwej dorosłej pozycji .

Podobno nawet zdradę można wybaczyć.

Zdrada to ogromne nadszarpnięcie zaufania.

Ale on tak bardzo prosi „wybacz”…

Można wybaczyć zdradę. Ale też to, że on prosi nie oznacza, że mamy obowiązek wybaczyć. Czasem się wybacza, ale się nie zapomina, tylko np. wypiera coś ze świadomości. To nie jest zdrowe. W ogóle to, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo to nadużycie. Ja nie namawiam nikogo do wybaczania, bo żeby wybaczyć, najpierw trzeba ranę zabliźnić w sobie, przeżyć tę sytuację. O wybaczeniu można myśleć, kiedy poczujemy, że uraza, zranienie i ból zostały rozpuszczone – może troską o siebie, a może zabiegami tego, kto skrzywdził.

A jeśli pozostajemy w relacji, w której coś nas krzywdzi, choć nie wybaczamy…

To znaczy, że jest to relacja oparta na uzależnieniu, a my nie akceptujemy samych siebie. Jeśli nie odnajdziemy się w swoich uczuciach i będziemy nosić urazę, nie będzie zgodności w tym, co czujemy i robimy – a wtedy będziemy postępować wbrew sobie.

Przyjmując postawę ofiary…

Ofiara to ktoś, kto się godzi na to, co ją spotyka i nic z tym nie robi. Pogrąża się w poczuciu bezradności. Może mieć swoje korzyści z tego, że jest ofiarą: jak jestem biedny i raniony, to ktoś się wreszcie nade mną zlituje i pocieszy. Taki klasyczny przykład żony alkoholika: on wprawdzie pił i bił, ale ona poświęciła się „dla dzieci” i ciągnęła ten niewdzięczny wózek. To zwalnia od poczucia odpowiedzialności za swoje życie.

Życie zgodne ze wskazówkami


Wysłuchała: Agata Domańska 
Tytuł: Życie zgodnie ze wskazówkami
To, na co nie mamy wpływu, z reguły nas nie interesuje. Inaczej jest z czasem. Bo w głębi ducha wierzymy, że możemy nim sterować Teresa Raczkowska, psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną, www.raczkowska-psychoterapia.pl

Jedni mają go w bród, a inni żyją w wiecznym niedoczasie. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być one formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i wysoko postawiony tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani chwili. W konsekwencji zaczyna uważać, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie ma poczucie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. I że to właśnie o nim świadczy. Nie myśli, że życie jest wartościowe samo w sobie, niezależnie od jego działania. W dorosłość wkracza więc jako osoba, która wciąż gdzieś pędzi, żyje pod nieustanną presją, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać sobie cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie,wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I musi mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli czas dla dziecka i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a działając, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli z kimś rozmawia, skupia się tylko i wyłącznie na rozmowie, nie myśli o tym, co musi zrobić potem. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: ona nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, jesteśmy obecni w tym, co robimy. Wtedy też nie przeżywamy lęku, napięć czy wątpliwości związanych z innymi sytuacjami – z tymi, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, a więc ma walor ożywiania nas – a nie zamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń na temat siebie i świata.

To przychodzi z wiekiem

Gdy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy też, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość czasu! Czas nam się dłuży. Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to były nie nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „ok., wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. I pojawia się niepokój, płynący z głębi naszych trzewi – że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez ileś lat zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czego innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, by nadrobić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że tego czasu obiektywnie ma coraz mniej. Nareszcie ma stuprocentową motywację: wie, czego chce i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy w życiu, nie przedstawia dla nas większego sensu. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem, postępowaniem tak, jak inni. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas po prostu się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje,smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, trudnymi emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia małe przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Potrzebujemy tego, by zadać sobie pytania: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.

Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy np. od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy. Albo wstańmy godzinę wcześniej, umyjmy samochód zamiast po południu, umówmy się ze znajomym na kawę na stacji benzynowej, a nie w kafejce, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się szybko zorientować, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. I to już nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwość wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo boimy się, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe życie przeszłością jest jednym ze sposobów na radzenie sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że roztrząsanie: „dlaczego zachowałem się tak, dlaczego zrobiłem to czy tamto, a przecież mogłem to zrobić inaczej…” to retrospekcja, która nic nam nie da, a przyniesie jedynie poczucie winy. W dodatku spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, też nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza. Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby zrobić, ustawiają się w sytuacji, w której na wyciągnięcie ręki posiadają wiele możliwości. W ten sposób karmią swoje ego, ale tak naprawdę żyją w lęku przed sukcesem i oderwaniu od tego, co naprawdę się dzieje.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a wybiegający w przyszłość – by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć? Bo to wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a uświadomienie sobie tego napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niej uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – z tego czerpiemy poczucie bezpieczeństwa. A przecież życie jest procesem i jako taki nie może być trwałe. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca, oddechu, w swoim ciele – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ramka: Zresetuj się

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna.

Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”.

Możesz też zaparkować pod domem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, poczeka jeszcze kwadrans dłużej bez większej szkody dla przebiegu dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Dopiero kiedy zaczniemy zauważać to, co jest wokół nas i czuć siebie, mamy coś do dania drugiej osobie, bo dopiero teraz możemy poświęcić jej całą uwagę.

 

Wściekaj się, na zdrowie


Tekst: Ewa Klepacka

Nie wierz w te bzdury, że złość piękności szkodzi. Kiedy czujesz złość, bądź blisko siebie, obserwuj co się z tobą dzieje, nie odcinaj się od uczuć. Wściekłość to bardzo ważny komunikat od ciebie do ciebie. Informuje cię o bólu, lęku, pokazuje twoją najbardziej kruchą część. Posłuchaj swojej złości.

Agnieszka trafiła do mnie z powodu przewlekłych zaparć. Nie pomagała dieta bogata w błonnik, picie dużej ilości wody, ani ćwiczenia fizyczne. Zdesperowana, próbowała stosować środki przeczyszczające, ale jej organizm szybko się do nich przyzwyczajał i musiała zwiększać dawki. Swoją historię zmagania się z ,,tym okropnym brzuchem” opowiadała jednostajnym głosem, bez emocji. Kiedy zapytałam: ,,Na kogo jesteś tak wściekła?”, spojrzała na mnie ze zdziwieniem i odpowiedziała: ,,Ja nigdy nie bywam wściekła”. To prawda. Agnieszka na dobre wyrzuciła ze swojego repertuaru złość, podobnie jak inni pacjenci. Magda, która po zdradzie męża zaprzyjaźniła się ze swoją rywalką, dla dobra dzieci i od roku cierpi na uporczywą alergię skórną. Albo Dominika – najstarsze dziecko alkoholika, borykająca się z nadciśnieniem. Czy Wanda, która po stracie pracy zachorowała na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Franz Alexander, amerykański psychiatra i psychoanalityk, jeden ze współtwórców medycyny psychosomatycznej twierdzi, że problemy fizyczne są następstwem zdarzeń życiowych wywołujących silne emocje. Astma oskrzelowa, choroba niedokrwienna serca, choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, nadczynność tarczycy, choroby skóry, zaburzenia odżywiania, zapalenie jelita to choroby, u podłoża których leżą stłumione emocje. Zdaniem Alexandra teoretycznie każda choroba jest psychosomatyczna, choć ma inne czynniki przyczynowe ją wyzwalające. Z moich doświadczeń wynika, że pierwotną przyczyną większość dolegliwości fizycznych i zachowań obsesyjno – kompulsywnych (np. kompulsywnego objadania się) jest nieprzeżyta złość.

Ciemna strona miłości

Z równowagi najczęściej wyprowadzają nas zachowania osób dla nas znaczących, albo sprawy dla nas ważne np. praca, na której nam zależy. Nieuprzejma sprzedawczyni, czy uliczny korek złości nas, ale to złość bardziej sytuacyjna. Wystarczy dosadne słowo rzucone pod nosem, czy pobłażliwe machnięcie ręką: ,,Widocznie pani ma zły dzień” a tętno wraca do normy i złość mija. Osoby znaczące potrafią nas zranić do żywego, a powstrzymanie wobec nich agresji to jedynie czubek góry lodowej. Złość na dobre usadawia się w naszym ciele, czujemy też, że każde takie wydarzenie uderza w nasze relacje. - Pozwolenie sobie na doświadczenie złości jest sposobem na odnalezienie siebie w relacji – tłumaczy Teresa Raczkowska, psychoterapeutka. – Pokazuje, że dopuściliśmy by ktoś naruszył nasze granice, nie wysłuchał nas, zignorował, odrzucił. Jeśli jest to osoba dla nas ważna, wyrażając czy choćby w pełni uświadamiając sobie przyczyny naszej złości, mamy szansę uzdrowić relacje.

Ale…, to wcale nie jest takie proste, ponieważ od dzieciństwa dostajemy przekazy od rodziców: ,,Nie wolno ci się złościć na osoby, które kochasz”. I mamy impas. Z jednej strony to właśnie przy osobach, przy których czujesz się bezpieczna masz odwagę pokazania całej gamy uczuć, także tych negatywnych, z drugiej zaś szybko uczysz się, że ceną za okazanie złości może być odrzucenie. Rodzice mają trudność w przyjmowaniu złości dzieci, bo czują się wobec niej bezradni. Ile razy słyszałaś: ,,Idź wyzłościć się do swojego pokoju”, albo kiedy tupałaś nogami z wściekłości, czy krzyczałaś, matka karała cię złowrogim milczeniem?

Małe dziecko złości się całym sobą; zaciśnięte pięści, napięty brzuch, przyspieszony oddech, twarz wykrzywiona grymasem, krzyk nie do opanowania, czasami wymioty czy niekontrolowane oddanie moczu. Kiedy ta reakcja zostanie zatrzymana przez rodzica, groźbą, czy prośbą, ciało malucha tężeje, napina się, zamiera. Ale złość nie znika. Zostaje zamrożona w ciele w postaci urazów, które w dorosłym życiu nieraz pojawiają się na arenie, wywołane zachowaniem innych ludzi, podobnym do zachowania rodziców. Każdy z nas ma tzw. ,,ranliwe” miejsca, które uruchamiają się pod wpływem, obiektywnie mało raniących zachowań. Na przykład złości cię, kiedy przyjaciółka nie odbiera twoich telefonów i nie oddzwania, pomimo że obiecała. Ktoś inny potraktowałby takie zachowanie z wyrozumiałością: ,,Pewnie jest bardzo zajęta”, ciebie ono rani do żywego. Złość na przyjaciółkę uruchamia stare rany i mnóstwo innych, negatywnych emocji, które się pod nią ukrywają. Nieodbieranie telefonów, niedotrzymywanie obietnicy powoduje, że czujesz się niesłuchana, nieważna, odrzucona, lekceważona, podobnie jak w dzieciństwie. Ale tłumisz w ciele te emocje, by nie stracić miłości. Nie jesteś w stanie zaakceptować faktu, że nienawiść do osób, które kochasz jest zupełnie naturalna. To druga strona miłości.

Nigdy nie bywam zła

Czyli ,,keep smiling” jako dewiza współczesnych czasów. Lubimy otaczać się ludźmi radosnymi, spokojnymi, których nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Kontrolowanie złości to jedna z ważnych umiejętności człowieka sukcesu. Ale jak można kontrolować coś, czego sobie nawet nie uświadamiasz? Tak bardzo boimy się swojej złości, że nawet jej nie zauważamy. To partner, czy przyjaciółka, po tonie twojego głosu, wyrazie twarzy czy sztywności w ciele, widzą, albo czują twoją złość. Pytają: ,,Dlaczego jesteś wściekła?”. ,,Ja, wściekła?” – pytasz zdziwiona. To prawda miałaś dziś nie najlepszy dzień; rano zdenerwował cię pies, który dwa razy z rzędu upominał się o spacer, wkurzyły uliczne korki, wyprowadził z równowago roszczeniowy klient, do pasji doprowadziła upierdliwa sąsiadka, ale… zdarza się – myślisz – każdy może mieć gorszy nastrój. Po powrocie do domu z pasją kopiesz tornister syna, przewalający się na środku pokoju, rzucasz o ziemię telefonem, który kolejny raz się zablokował, walisz pięścią w ścianę, żeby uciszyć kłócących się sąsiadów, ale tak w ogóle, to jesteś bardzo spokojnym człowiekiem. Zawsze możesz wyjść pobiegać, ,,zrobić” pięć basenów, ewentualnie wysprzątać na błysk mieszkanie, albo rozładować nadmiar negatywnej energii w inny sposób. No cóż, na dłuższą metę ten mechanizm nie działa, a w zasadzie działa jedynie na bieżące frustracje. Złość gromadzona przez lata, na dobre zapisała się w twoim ciele, ba, często zdążyła zmienić adresata – z agresora na ciebie, z agresji na autoagresję, uszkadzającą najsłabszy organ twojego ciała. Na tym właśnie polega mechanizm chorób psychosomatycznych. Moi pacjenci to najczęściej osoby bardzo spokojne, tak przynajmniej mówią sami o sobie. Z mojego punktu widzenia to ludzie, którym zablokowana złość założyła na twarz maski obojętności, pozornego niewzruszenia. Ale ich ciała ciągle wysyłają komunikaty; w postaci podwyższonego ciśnienia, uporczywych alergii, kompulsywnych zachowań, czy innych dolegliwości somatycznych. Komunikat: ,,Nigdy nie bywam zła”, to dla mnie informacja o skali cierpienia. Kiedy pytam: ,,Co powiedziałby pani chory żołądek, gdyby umiał mówić?”, pacjentka reaguje zdziwieniem. Czasami mówi: ,,Ze mną wszystko ok.., niech pani zajmie się moim chorym brzuchem, sztywnym karkiem itp.”. Zupełnie tak, jakby ten biedny brzuch, czy dźwigający na sobie cały świat kark, nie były własnością pacjentki tylko obcym tworem.

Zabiję panią

Kiedy moja pacjentka zaczyna się na mnie złościć, wiem, że zrobiłyśmy ważny krok w terapii. Początkowo ta złość jest bardzo zawoalowana np. pacjentka wysyła do mnie sms-y bez podpisu i ma pretensję, że nie rozpoznaję natychmiast od kogo, notorycznie spóźnia się na sesje, wielokrotnie przekłada dzień i godzinę spotkania i obraża się, kiedy tłumaczę, że inne terminy mam zajęte. Bardziej odważne mówią: ,,Po ostatniej sesji byłam na panią wściekła”, albo na odchodne rzucają w drzwiach: ,,Nie lubię pani”. A ja staram się wytrzymać tę ich złość, bo wiem, że adresowana jest nie do mnie, tylko do ważnych osób z przeszłości. Pokazuję, że ich dziecięca wściekłość mnie nie zabije, nie zniszczy naszej relacji, nie spowoduje odrzucenia. Masz prawo czuć złość, jesteś odpowiedzialna jedynie za zachowanie, które wybierzesz, by sobie z nią poradzić – dopiero, kiedy to zrozumiesz, masz szansę uwolnić swoje ciało od zranień. Pierwszym krokiem jest dotarcie do korzeni złości, do jej pierwotnej przyczyny.

- Czasami powstrzymuje pacjenta, by zbyt szybko nie wyraził swojej złości w ekspresji – mówi Teresa Raczkowska. – Najpierw musi poczuć ją w ciele, pozwolić sobie na trochę cierpliwości w odczuwaniu jej . Tu pomocne mogą być określenia, których zwykle używamy, mówiąc o złości np. ,,chce mi się wymiotować z wściekłości”, ,,kiedy jestem zła, waliłabym pięściami na oślep” – to właśnie w tych częściach ciała jest skumulowana nasza złość. Kolejnym krokiem jest odkrycie adresata naszej złości np. rodzica, który nigdy nie wysłuchał, czy partnera, który bagatelizował nasze uczucia. Dalej trzeba wypowiedzieć tę złość np. w scence odgrywanej na sesji, czy w formie listu. Przywołaj w wyobraźni tamtą sytuację, poczuj ją całą sobą. Wykrzycz, albo napisz to wszystko, co czujesz. Odkryj i nazwij uczucia, które przez lata ukrywały się pod złością np. upokorzenie, czy odrzucenie. Poczuj to, co wtedy czułaś ale nie mogłaś tego wyrazić . Zrób to, co dyktuje ci ciało; płacz, krzycz . Rób to dotąd, aż poczujesz, że oczyściłaś się ze złości, twój gniew zniknął i już nigdy więcej nie musisz wracać do tamtej sytuacji.

Złość ma bardzo potężną energię, uruchamia pierwotną reakcję stresową: walcz, albo uciekaj. Energia złości nie wyrażona na zewnątrz, przekierowana zostaje do wewnątrz, kumuluje się w ciele. Dlatego należy ją uwolnić jednocześnie poprzez ciało i świadome słowa wyrażające dawny ból wobec konkretnych osób które ją blokowały. Nie wystarczy sam „ ryk wściekłości”. To zmienia twoją postawę wobec bezradnego połykania uczuć.

Przy rodzinnym stole


W dzisiejszym, zabieganym świecie czujemy się coraz bardziej osamotnieni. Nie mamy czasu ani uważności dla rodziny, przyjaciół, innych ludzi. Tracimy poczucie więzi i przynależności do wspólnoty. A człowiek bez przynależności jest jak drzewo bez korzeni.

O tym, dlaczego tak ważne jest dzielenie stołu z rodziną, rozmawiamy z Teresą Raczkowską, socjologiem i psychoterapeutką.

Moda na Zdrowie: Dlaczego poczucie wspólnoty jest takie ważne? Teresa Raczkowska: Bo większość naszych potrzeb, które nadają naszemu życiu głębi i satysfakcji nie może być zaspokojona bez odnalezienia swojego miejsca w gronie akceptujących nas osób, czyli najpierw w rodzinie, potem w grupie przyjaciół. Poczucie wspólnoty zaczyna się w rodzinie, jako wspólnota przeżyć rodziców i dzieci, przy wspólnym stole, wspólnej pracy, odpoczynku. W rodzinie określamy swoje miejsce w grupie, uczymy się podstawowych wartości, zdobywamy pewność siebie, trenujemy umiejętność konwersacji, zasady współżycia. Stajemy się indywidualnym człowiekiem. Wspólnota chroni nas przed poczuciem wyobcowania, zaspokaja nasze podstawowe potrzeby, jest wobec nas lojalna; chroni, wspiera, daje poczucie bezpieczeństwa.

MnZ: W dzisiejszym świecie, w którym panuje kult indywidualności a miarą wartości jest sukces, potrzeba przynależności do wspólnoty chyba odchodzi na dalszy plan.

T.R.: Potrzeba zostaje, to zwyczaj odchodzi. Dominujący model rodziny to rodzice i jedno, lubą dwójka dzieci. Dziadków odwiedzamy od święta, a z dalszą rodziną bywa, że nie widujemy się przez lata. Praca pochłania nam coraz więcej czasu i energii. Żeby spotkać się z bliskimi, trzeba podjąć jakiś wysiłek. Po ciężkim dniu łatwiej jest nam odpoczywać przed telewizorem.

MnZ: Jakie to może mieć konsekwencje?

T.R.: Dotkliwe, choćby zubożenie naszego życia o wartości, których nie można inaczej doświadczyć jak przez wspólne przeżywanie. Zanikają też czynniki integracyjne takie jak: zaufanie, empatia, spójność emocjonalna. Wydaje nam się, że nie potrzebujemy rodzinnych więzi, bo jesteśmy zaradni finansowo, niezależni, odpowiedzialni.

MnZ: A w razie problemów zawsze możemy pójść do psychologa.

T.R.: Tak, a poza tym, dopóki wierzymy, że jedynie codzienne potrzeby bytowe są dla nas priorytetem, dopóty nie żyjemy w pełni. Ale zawsze mamy wybór. Możemy się zatrzymać i dostrzec siebie nawzajem.

MnZ: Jak to zrobić?

T.R.: Ta tęsknota za poczuciem więzi i przynależności żyje w każdym z nas. Są okresy, kiedy ujawnia się z intensywną siłą. Ja mam wielką rodzinę. Kiedyś byliśmy ze sobą wszyscy bardzo blisko. Później, moją najbliższą rodzinę dotknęła tragedia, moja siostra została zamordowana i… dalsi członkowie rodziny odeszli od nas, z bezradności, jak nam pomóc, jak się zachować. Na ponad 20 lat rozproszyliśmy się po świecie. Miałam 12 lat, kiedy rodzina mi się rozsypała jak domek z kart. Moi rodzice opłakiwali stratę dziecka, a ja byłam tą silną, która z dnia na dzień musiała nauczyć się radzić sobie sama i jeszcze być wsparciem dla rodziców. Dopiero wiele lat później, po śmierci rodziców, tęsknota za przynależnością do rodzinnej wspólnoty była tak silna, że musiałam coś z nią zrobić. Razem z bratem zorganizowaliśmy pierwszy rodzinny zjazd. Przyjechało 30 osób. Od tamtej pory spotykamy się co roku, a w między czasie jeszcze w mniejszych podgrupach. U mnie ta potrzeba przywołania płynęła prosto z serca. Liczyłam się z tym, że ludzie mogą mi odmówić. Ale po śmierci mamy, moje serce otworzyło się na innych ludzi. Zrozumiałam, że kontakty, relacje są dla mnie najważniejsze. Dopóki z powrotem nie przywołałam mojej rodziny, czułam taki wewnętrzny ból, którego nie mogłam do końca rozpoznać. I nie chodzi tu o to, by rodzina wspierała mój każdy krok. Często dużo głębsze rozmowy mam z przyjaciółkami niż np. z kuzynkami, ale chodzi o tę potrzebę biologicznej przynależności.

MnZ: Chyba w każdym z nas jest taka potrzeba?

T.R.: To prawda.

MnZ: Jakie znaczenie ma w potrzebie więzi, wspólnoty, przynależności, rytuał jedzenia?

T.R.: Dawanie jedzenia to otwieranie serca na innych a przyjmowanie to przyjemność przyjmowania troski, czyli dzielenie się, wymiana. Rytuał wspólnego spożywania posiłku to naturalny, dobrze sprawdzony przez wieki i różne tradycje kulturowe, sposób na doznawanie spokoju, przyjemności, pozytywnego nastawienia. Gotowanie, przygotowywanie posiłku dla ważnych osób przenosi mnie ze sfery myślenia do serca ,dawania . Tworzy się atmosfera porozumienia, przepływu radości, bliskości. Wspólny posiłek zatrzymuje nas w miejscu, uwalnia na moment od tej ciągłej pogoni. Rozmowy po posiłku, kiedy czujemy się błogo napełnieni są bliższe, ważniejsze.

MnZ: Rozumiem, że nie chodzi o jakieś bardzo ważne rozmowy, roztrząsanie problemów itp.?

T.R.: Chodzi o przestawienie się z pośpiechu na spokojne bycie razem. Uważność na siebie nawzajem.

MnZ: Przypomniałam sobie teraz, że u mnie w domu bardzo ważny był niedzielny obiad. Wiadomo było, że co tydzień, punktualnie o 16.00 zasiadamy całą rodziną do stołu. A na stole, nieodmiennie przez lata był rosół, mielony z ziemniakami i buraczki. Odkąd nie mieszkam z rodzicami, rzadko zdarza mi się jeść tak tradycyjny posiłek, ale są chwile, kiedy za tym tęsknię. Czasami, kiedy przechodzę obok baru mlecznego i czuję zapach smażonych buraczków, nie mogę się oprzeć. Ten zapach przypomina mi moje dzieciństwo.

T.R.: Bo takie celebrowanie ważnego rodzinnego rytuału to jest jak kod dla każdego z członków. Przy stole najsilniej przeżywamy fakt bycia rodziną. Nic nie jednoczy tak jak stół. Dla mojej rodziny, tuż po śmierci siostry, nawet jak było nam ciężko i siedzieliśmy przy stole w milczeniu, to sama obecność była ważna, dawała wsparcie, podkreślała, że jesteśmy razem. Ból wspólnie przeżywany łatwiej znieść.

MnZ: Jedzenie pełni taką więziotwórczą rolę?

T.R.: Od zawsze ważne sytuacje życiowe były akcentowane wspólnym posiłkiem. Potrzeba kontaktu jest naszą podstawową potrzebą. Wspólne jedzenie służy nawiązywaniu bliskości.

MnZ: Mam wrażenie, że realizacja tej potrzeby, w pewnym ułamku przeniosła się też na relacje zawodowe np. lunch biznesowy, pożegnalne poczęstunki, imprezy integracyjne.

T.R.: To prawda. Dzielenie stołu to ważny element wspólnego przeżywania np. świętowania sukcesu, czy podziękowania za wspólną pracę.

MnZ: Coraz częściej też ludzie przenoszą spotkania towarzyskie z restauracji do domów.

T.R.: Wspólne gotowanie ,,z” i ,,dla” przyjaciół to ważny element relacji. Nawet wspólne obieranie warzyw może być przyjemnością.

MnZ: W czym ci pomógł powrót, a właściwie przywołanie rodziny?

T.R.: Od 12 roku życia byłam w roli ,,wspieraczki”. Dlatego, w dorosłym życiu, trudno mi było funkcjonować w grupie w innych rolach. Byłam niezależna, samodzielna, nie umiałam prosić o pomoc. Teraz, w rodzinnym gronie mogę pozwolić sobie na takie bezpieczne, spokojne bycie. Bardzo mi tego brakowało. Człowiek bez przynależności jest jak drzewo bez korzeni. To podstawowa, najbardziej pierwotna więź. Poczucie wspólnoty jest archetypową potrzebą. To daje siłę do pełnienia w życiu innych ról. Nawet jeśli oddalimy się od rodziny na jakiś czas, bo w sercu nosimy niezagojone rany z dzieciństwa, albo pobiegliśmy za sukcesem, za swoim życiem, to przychodzi taki czas, że zaczynamy tęsknić. I wtedy warto wrócić.